wtorek, 20 maja 2014

Opowiadanie Konkursowe

A oto i moje opowiadanie konkursowe. Nie jestem z niego dumna i nie wstawiłabym tego tutaj, gdyby nie moja obietnica. :( Szczerze mówiąc napisałam to w godzinę, a z powodu braku czasu nie mogłam nawet tego przestudiować na spokojnie i napisać jeszcze raz. To jest także winą mojego lenistwa. :( Nie będę Was kłamać. Przez tą pogodę jestem coraz bardziej rozkojarzona. No więc, opowiadanie właśnie zostało wysłane, a ja obiecuję, że jutro pojawi się tu kolejna recenzja. :) Wolałam odkładać ją na później, ponieważ nie mam za bardzo czego teraz '' komentować '', bo czytam książkę mającą 600 stron. :) Ale postaram jak najszybciej nadrobić moje braki na blogu. Miłego czytania. :)



PROLOG

Dawno, dawno temu w odległych krainach walkę z dobrem toczyła wszechmogąca czarownica. Novernight zaatakowała zamek Chenonceau, w którym mieszkała królewska rodzina. Ich siedemnastoletnia córka, Wielka księżniczka Rosaline przeciwstawiła się regułom wprowadzonym przez złowrogą wiedźmę I jako pierwsza zaatakowała ją w lesie., gdy leciała swą miotłą do starej chatki. Novernight zaskoczona atakiem spadła na ziemię. Różka wypadła z jej połatanej kieszeni I potoczyła się do głębokiego dołu, gdzie leży do dziś. Czarownica została zamieniona w kamień zdobiący bramy zamku, a Rosaline żyła długo I szczęśliwie, jak reszta księżniczek. I nic w tej historii nie było by ekscytującego, gdyby nie incydent, który spotkał pewną Amerykankę.

ROZDZIAŁ 1

8:30 – taką godzinę wybija zegar stojący przy moim łóżku. Kilka sekund później włącza się alarm. Po raz setny wciskam guzik oznaczający '' Drzemka '' I znów zapdam w dziesięciominutowy sen.

8.40 – Co może oznaczać ten denerwujący dźwięk ?! Dlaczego nie pozwoli mi śnić dalej ? Dość tego. Nie zamierzam dłużej tego tolerować. Zrzucam zegarek, po czym znów kładę się do łóżka. Po kilku minutach wicia się na pościeli stwierdzam, że nie jestem w stanie zasnąć. Dźwięk całkiem zmazał fantastykę z mej głowy I oczu. Przynajmniej teraz mogę racjonalnie myśleć. Wstaję z zamiarem skorzystania z prysznica. Przymierzam kilka metrów pokoju, gdy nagle coś zwala mnie z nóg. Oglądając się zauważam bezużyteczny zegar, który z powrotem przystąpił do grania wnerwiającej muzyczki. Chcąc go uciszyć wciskam wszystkie guziki jakie posiada. Może to podziała. Niestety po kilku próbach przedmiot nadal wydaje z siebie ironiczne dźwięki, które brzmią coraz głośniej. Nuty zaczynają wibrować w mej głowie, jak I w delikatnych uszach.

Wiedząc co ma zaraz nastąpić szybko podczołguję się do szafy, po czym wrzucam do niej zegar. Odwracając się w drugą stronę zauważam jaskrawy błysk. Chcąc sprawdzić, co wywołało tą dziwną reakcję próbuję wstać, lecz po każdej próbie znajduję się w wcześniej położeniu. Rezygnuję z wielkiego wysiłku I znów podczołguję się do szafy. Przeszukuję każdy zakamarek I już zamierzam zrezygnować z dalszych poszukiwań, gdy znów to dostrzegam. Zielone światło oświetla całą powierzchnię mego pokoju. Pochodzi on z barwnego patyka, który jakimś cudem znalazł się pod bluzką z logo sławnego zespołu. Wyciągam dłoń I po kilku chwilach wahań zabieram go z wielkiego mebla. Nagle po moim ciele rozchodzą się ogromne spazmy bólu.

Głowa zaczyna pękać, dłonie przybierają czerwoną barwę, ale mimo wysiłku nie mogę wypuścić patyka. Nie potrafię otworzyć zaciśniętej dłoni, dlatego muszę znosić to wielkie cierpienie. To coś okropnego. Mam nadzieję, że nikt nie będzie musiał go przeżywać. Czyżby Bóg był skłonny do podejmowania takich bezlitosnych decyzji ? Myślę, że odpowiedziałabym na to pytanie, gdyby nie paraliżujące mnie zaskoczenie. Ból zniknął, a ja znalazłam się na wielkiej polanie obok średniowiecznego zamku. To niemożliwe.

Przecież magia nie istnieje. Pewnie jeszcze śpię. Tak, to chyba najrozsądniejsze wytłumaczenie. Ale jednak coś w umyśle nie pozwala mi w to wierzyć. Wszystko w okół wygląda wprost rewelacyjnie I tak bardzo realistycznie. Czuję się, jakby jakaś czarodziejska postać przeniosła mnie w średniowieczne czasy. A może to rzecz ? Nie raczej nie, przecież to takie niemądre. Ale, coś musiało mi pomóc w takim podróżowaniu. No cóż, chyba nie poznam odpowiedzi stojąc samotnie na łące. Kierowana intuicją oraz nadzieją kieruję się w stronę marmurowego zamku. Przechodzę przez ogród pomarańczy I już stoję w bramie pałacu.

Na jego wysokich schodach dostrzegam kamienną rzeźbę. Artysta, który ją wykonał chyba nie miał za wiele wyobraźni. Najwidoczniej wzorował się różnorodnymi baśniami, w których występują jednolite postacie, a przede wszystkim czarownice. Ta nie różni się od nich niczym. Stoi z swym wielkim kapeluszem, porwaną szatą I wielką brodawką na nosie. Postać nie warta uwagi. Ale jednak pewien detal zachęca do przyglądnięcia się jej z bliska. Na boku kapeluszu złotym mazakiem napisano '' Wszechmogąca czarownica Novernight ''.

Novernight … hmm, chyba już gdzieś czytałam tą nazwę. Podnoszę zielony patyk I dostrzegam wyrytą w niej tą samą regułkę. Czyli jednak się nie myliłam. W swych dłoniach trzymam prawdziwą czarodziejską różdżkę. To takie ekscytujące ! Szczęśliwa wbiegam w podskokach do zamku … I zatrzymuję się ogłuszona przeraźliwym jękiem. Jeszcze nigdy nie słyszałam takiego dźwięku. Nie wiem nawet, czy byłam zdolna aby go sobie kiedyś przetestować w myślach, ale raczej nie. To rozsadziłoby moją ukochaną czaszkę. Podążam za dźwiękiem. Przechodzę przez różnorodne korytarze. Wiele z nich ozdobione jest portretami, jednak reszta może pochwalić się tylko zwykłym czerwonym dywanem. Gdy robi się coraz głośniej ( co oznacza, że jestem bliżej celu ) ogarnia mnie strach oraz zwątpienie. Powinnam przemyśleć tą decyzję wcześniej I wycofać się z zamku, dopóki było to możliwe. Jednak wiem, że już nigdy nie zaspokoiła bym swoją ciekawość. Skręcam w ostatni, ciemny korytarz.

Tam dostrzegam postać. To rzeźba, którą wcześniej widziałam na dworze, lecz nie jest ona z kamienia. To żywa istota trzymająca w dłoniach nóż I atakująca młodą kobietę. Jak sugeruje jej korona, królową lub księżniczkę. Wiedźma zadaje kilka ciosów, którym towarzyszy lament kobiety, po czym odwraca się w mą stronę. Jej zielono jaskrawe oczy przyciągają do siebie moją różdżkę. Jednak ja się nie poddaję I szarpię za patyk z całej siły. Mimo przerażenia, wiem że nie może ona się znaleźć w jej obrzydliwych łapach, bo mogłaby wyrządzić większą krzywdę księżniczce. Jednak Novernight się nie poddaje I zaczyna biec w mą stronę. Nie wiedząc co robić, szukam wzrokiem kobiety I zaczynam się modlić.

- Upuść ją – słyszę szept. - Puść różdżkę. To Cię uratuje – na twarzy kobiety pojawia się grymas. Zapewne uśmiech, który potęguje siła bólu. - Zostaw mnie. I tak już nie istnieję.

A ja jej wierzę. Puszczam różdżkę I zostaję wciągnięta w pojawiający się nie wiadomo skąd, wir. Pędzę otoczona różnorodnymi obrazami, aż docieram do ciemnej dziury. Po tym nie następuje już nic, ale w mej głowie pojawia się ostatnia myśl. Następnym razem inaczej wykorzystam moc czarodziejskiej różdżki.

środa, 14 maja 2014

Rozdział 2 cz. 3

Przepraszam, że tak długo tu nic nie wstawiałam. Muszę się przyznać, że jestem coraz bardziej leniwa ( to chyba przez pogodę ) i potrafię tylko całymi dniami leżeć oraz czytać książki. No cóż, postaram się następny fragment wstawić tu szybciej. Miłego czytania. :)
P.S. Chciałam jeszcze napisać, że w tym jak i w poprzednim rozdziale będzie więcej informacji o bohaterach, a mniej akcji. Ale mam nadzieję, że Was tym nie zanudzę. :)
I przepraszam za czcionkę, ale nie mogę przywrócić jej do normalnej formy. :(




Pierwszy raz obudziłam się w nocy. Zjadłam obiad pozostawiony na stoliku i z powrotem zasnęłam. Później zdarzyło się to kilka razy. Ale teraz, gdy się budzę obok siebie dostrzegam Noaha. Siedzi na podłodze, oparty o dół kanapy i pije coś przezroczystego. Nie chcąc mu przeszkadzać delikatnie odwracam się plecami do chłopca. Jednak on to wyczuł, bo właśnie odwraca się w moją stronę.

– Hej – uśmiech wpłynął na mą twarz.


Noah przetarł oczy, po czym odrzekł :


– Cześć. Miło widzieć Cię przytomną.


Roześmiałam się chcąc zniszczyć napięcie  zaistniałe między nami.


– Ines bardzo cieszę się, że wstałaś. Czekałem na to bardzo długo, a muszę powiedzieć Ci coś ważnego – spojrzał wprost w me niebieskie oczy. - Po pierwsze, chciałbym Cię przeprosić. Ten zeskok był głupim pomysłem. Nie powinienem był tego robić, ale wiesz, że gdym nie wiedział co się wydarzy zapewne tak bym nie postąpił – tu miał rację. 


Noah posiada wielki dar przewidywania tych najbliższych wydarzeń, które nastąpią już niedługo. Jednym słowem umie przepowiadać przyszłość. Jednak ja uważam to za podwojony czynnik przeczucia, przewidywalności, a może posiadanie dodatkowego zmysłu, ale inni sądzą, że mógł zostać opętany przez Bogów i motywują go do rozwijania tego daru.

Kiedyś Noaha traktowano jak wróżbitę. Do naszego domu wiły się kilometrowe kolejki beznadziejnych niewiast, pragnących zapoznać się z swą przyszłością. Oczywiście niemal wszystkie udało mi się przegnać. Jedenastoletni chłopiec nie zniesie takiej natarczywości. Ale mimo mojego, naszego oporu nikt nie przestaje wierzyć w jego dar, a co gorsze ja sama coraz częściej przyznaję im rację.


– Po części wiedziałem, że tak się stanie. Przed skokiem doznałem wizji twojego upadku, ale postanowiłem zaryzykować. Pop prostu zaszedłem za daleko. Nie mogłem się poddać. Tak sobie zrezygnować … Przepraszam – po jego policzkach potoczyła się łza. A po niej jeszcze kilka następnych. 


To takie rozczulające. Kocham Noaha. Bardzo go kocham, ale mimo tego nie mogę ściągnąć z chłopięcych ramion ciężaru, jakim jest ból i smutek. To musi wykonać sam. Jednak nie wszystko. Ktoś może podnieść go na duchu, postarać się pocieszyć. I będę to ja. Jego jedyny najbliższy członek rodziny.


Dlatego obejmuję Noaha i mówię, że wszystko będzie dobrze, że już się na niego nie gniewam. I tak leżymy w ciszy, opatulając się dłońmi, ramionami, dopóki on znów przerywa nasz spokój. 


– Po drugie chciałem na Ciebie nakrzyczeć, bo skoczyłaś do takiego wielkiego wodospadu i ryzykowałaś dla mnie życie, co było niepotrzebne – obrażona zamierzam zaprzeczyć, lecz Noah przykłada mi palec do ust. - I po trzecie, chcę Ci podziękować. Za to, że ukazałaś ile dla Ciebie znaczę. Zapewne wszystkim szczęki opadły jak ujrzeli nasz skok – zaśmiał się pod nosem, po czym dodał. - Za to, że opiekujesz się mną, zastępując rodziców i obdarowujesz miłością jakiej nie zaznałem od innych ludzi. Tak po prostu dziękuje za to, że jesteś przy mnie. I po czwarte. Proszę, abyś nigdy mnie nie zostawiła. 


Słysząc to wybucham płaczem. Noah po raz pierwszy wyraził co do mnie czuje, a poza tym odgadł jaką rolę odgrywa w moim życiu. Ta wypowiedz podsunęła mi odpowiedz na wcześniejsze pytania. Bóg pozwolił mi żyć, aby chronić Noaha. To moja misja. Moje powołanie. 


Brat wyszeptuje coś pod nosem ( chyba znów mnie przeprasza ), po czym wtula się głową w mą klatkę piersiową. Po kilku minutach przychodzi Allie, jak sądzę obudzona łkaniem. Nie prosi, abyśmy się uciszyli. Nie jest oburzona naszym zachowaniem. Podchodzi tylko i przyłącza się do nas, kładąc na kanapie. To taka wspaniała dziewczynka. Nie muszę nic mówić, a ona i tak zrozumie co leży mi na sercu.


Jej obecność jeszcze bardziej potwierdza mnie w zdaniu, iż powinnam opiekować się bliskimi. Tak rozmyślając znów zapadam w sen. Tym razem bez nagłych pobudek.

poniedziałek, 5 maja 2014

rozdział 2 cz. 2

przepraszam, że tak długo czekaliście na następny rozdział. niestety w ostatnim czasie nie miałam weny, a do tego piszę dodatkowe opowiadanie na konkurs. ;) ta cześć może Was trochę znudzić. za dużo tu się nie dzieje. zastanowiłam się też ostatnio, co chcę Wam przekazać przez tą opowieść. bo jednak jest zasada, że gdy nie wiesz o czym tak naprawdę chcesz pisać, to lepiej tego nie rób. i cząstką tego w tym opowiadaniu jest wiara. czasami fragmenty będą nawiązywać do Boga, ale zdarzy się to rzadko. a dlaczego ? to dowiecie się czytając całą resztę. miłego czytania. ;) 


- Ines, proszę odezwij się. Wiem, że mnie słyszysz - gwałtownie potrząsa mymi ramionami. Mimo jego próśb nie udaje mi się wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. - Ines nie udawaj chorej. Mnie nie oszukasz. Masz natychmiast wstać ! Proszę Cię - z ostrego tonu przechodzi w łagodny i delikatny głos.

Nie potrafię pozwolić mu dłużej się zamartwiać i mimo ostrego kłucia powoli wypowiadam kilka słów :

- Noah, wszystko w porządku - zachwiał się zaniepokojony mą chrypą. Znów odchrząknęłam pragnąć jej się pozbyć. Widząc, że Noah wciąż nie panuje nad swą paniką postanawiam spokojnie porozmawiać z nim w domu. - Jeżeli mógłbyś to zabierz mnie do dziadków.

Było to ostatnie zdanie jakie zdołałam wypowiedzieć. Chłopiec nerwowo kiwnął głową i pobiegł przed siebie. Nie wiem co zamierzał zrobić, ale mam nadzieję, że szybko wróci. W tym czasie w okół mnie zaczęło pojawiać się coraz więcej ludzi. Połowa z nich była mi znana, jednak reszty jeszcze nigdy nie spotkałam. I w tej grupie znalazły się pielęgniarki. Dwie brunetki, o szczupłym ciele pochylały się nad mą osobą i mruczały coś pod nosem, a ostatnia - ruda o zaokrąglonych kształtach, szukała czegoś w swej dużej torbie. Reszta tłumu przyglądała się bezsilnie, a przy tym szeptała między sobą. Oczywiście w śród nich nie mogło zabraknąć ciekawskiej Coral.

Jak zwykle stała uśmiechnięta i wypytywała świadków o szczegóły tego zdarzenia. To dzięki niej wszyscy mieszkańcy dżungli znają najskrytsze tajemnice sąsiadów oraz wiedzą co, gdzie i kiedy się wydarzyło. Z jednej strony to bardzo uprzykrza życie innym, ale za to teraz każdy trzyma język za zębami. Zamyślona, a zarazem strasznie zmęczona zamykam oczy i pozwalam odpocząć ciału. Myśląc o rodzicach zapadam w sen.

Budzę się czując wibrację. Lekko unoszę głowę. To Noah wraz z kolegami ciągnie mnie na czymś w rodzaju taczki. Rozkojarzona rozglądam się na wszelkie strony. Teraz pewien pulchny chłopiec zauważył, że już nie śpię i poinformował o tym mojego brata. Może teraz uda mi się z nim porozmawiać. Gdy chcę wypowiedzieć pierwsze słowo, on spogląda na mnie przelotnie i mówi :

- Niedługo będziemy w domu.

I nie kłamie.

Po pięciu minutach drogi znaleźliśmy się pod naszym ogromnym drzewem. Oczywiście przed nim czekali dziadkowie wraz z swymi '' sztucznymi '' wnuczętami - trójką dziewczynek. Babcia zaadoptowała je, gdy po przybyciu na wyspę okazało się, że cała ich rodzina została zamordowana na wojnie. Od tamtego czasu mieszkają u dziadków, chociaż na samym początku próbowały spać u mnie i Noaha, ale z powodu ich natrętnego charakteru wróciły na drugą stronę mostu. Chyba tylko Allie  wysoka dziewczynka wyróżniająca się srebrnymi włosami wśród swych sióstr bliźniaczek - nie uprzykrzała nikomu życia i choć wszystkie były tego samego wieku, to właśnie ona jest z nich najdojrzalsza. 

Czasami, gdy krzyczę przez sen, przychodzi do mnie i przytula. Wtedy razem zasypiamy spokojnie. Teraz Allie podbiega do taczki. Czeka, aż chłopcy ją postawią i ujmuje mą dłoń, pomagając mi wstać. Chwieję się w miejscu dopóki kilka następnych par rąk próbuje mnie powstrzymać przed upadkiem. Z ich pomocą udaje mi się dojść do drzewa.

- Ines, kochanie. Jak dobrze, że nic Ci nie jest. Najwyraźniej moje modlitwy zostały wysłuchane - babcia podarowała mi całusa w policzek. - A teraz musisz spróbować samodzielnie wejść po drabinie. My będziemy tuż za Tobą. Jeżeli jednak nie dasz rady tą noc możesz możesz spędzić w szpitalu, na ziemi.

- Oczywiście, że dam radę - mimo wielkiego bólu zaczynam się wspinać. Nigdy nie pozwoliłabym, aby zostawiono mnie na dole. Klinika to najgorsze pomieszczenie zbudowane w głębi dżungli.

Jednak nie to w wypowiedzi babci Blanki zwróciło mą uwagę. Jeżeli modliła się do Boga to musiałam być w kiepskim stanie. A to oznacza, że nie powinno mnie tu być. Więc dlaczego nie umarłam ? Dlaczego Bóg co chwilę daje mi szansę zaistnienia na tym świecie ? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale jeśli Wielki Władca podarował mi dłuższe życie to muszę być Mu do czegoś potrzebna. Tylko do czego ? Jestem zwykłą, marudną siedemnastolatką, raczej niezdolną do wypełnienia jakiejkolwiek wielkiej, świętej misji.

No, ale przecież każdy po coś istnieje. Chociaż ... chociaż nie wszyscy. Znam ludzi, którzy przybyli na Ziemię tylko, aby zadawać nam ból. Mordować bliskich i odbierać nadzieję. To trudne do zrozumienia, ale obiecuję, że kiedyś dowiem się po co żyję.

Dotarłszy do domu kładę się na sofie i znów zapadam w głęboki sen.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Rozdział 2 cz. 1

przepraszam za taką długą przerwę. :( niestety nie miałam za bardzo czasu, aby tu wejść, a nawet przeczytać jakąkolwiek nową książkę. a wszystko to przez mój remont. dzięki Bogu, wczoraj oficjalnie się zakończył i wreście mogę na spokojnie usiąść i coś dla Was napisać. niedługo znajdziecie tu recenzję wielu książek, gdyż mam ich aż 10 i każda czeka na przeczytanie. :) dzisiaj coś krótkiego, abyście nie zwątpili w mego bloga. od razu przepraszam za jakiekolwiek błędy, ale nie miałam czasu ich poprawić. miłego czytania. :)


Wiję się z bólu, krztuszę i próbuję zasnąć, utonąć, gdy słyszę nieziemski głos. Przywołuje mnie swą śpiewającą barwą, sprawia, że nie mogę przestać jej słuchać i mówi : '' Nie zatrzymuj się. Bądz dzielna. Odnajdź go. '' Sprawia, że już nie chcę umierać. Dzięki niej w mym sercu na nowo kiełkuje nadzieja.

Dlatego szybko wypływam na powierzchnię. Wdycham świeże powietrze, po czym zanurzam się z powrotem w głębokiej, przerażającej otchłani. Spływam na dno źródła i szukam Noaha wśród gęstych alg. Prowadzona nadzieją zaglądam w najskrytsze zakamarki otchłani, aż nagle dostrzegam dłoń. Rękę wyciągniętą w mą stronę zaraz zza zarośli.

Ogarnia mnie strach, ale podpływam do postaci. Może to on. Nigdy nie wiadomo. Ostrożnie dotykam dłoni. Za nią ciągnie się ciało pewnego człowieka, lecz nie wiem kogo, gdyż nie mogę ujrzeć jego twarzy. Ciągnę za palce, aby wydostać ciało  na powierzchnię, aż nagle one gniją, rozpuszczają się pod naciskiem mego dotyku. Sparaliżowana, przestraszona próbuję wrzeszczeć, wypuszczając  powietrze z płuc.

Przed mymi oczami widnieje obraz czaszek, gnijącego ciała, śmiertelnych ran ludzkich. To doprowadza mnie do szału. Próbuję o tym zapomnieć, lecz to ciało leżące przede mną mi nie pozwala. I nagle wszystko zamiera. Złe wizje zaczynają znikać. W okół mnie panuje cisza. Pustka. Nicość. Do czasu, gdy budzę się na brzegu źródła.

Odkaszluję chcąc pozbyć się kłującego uczucia w piersi oraz resztek wody morskiej zasiedlonej w organizmie. Wszystko mnie pali, piecze, a promienie słoneczne uniemożliwiają zapoznanie się z otoczeniem. Błąkając wzrokiem doznaję ataku wspomnień z dzisiejszej przygody. Znów w mej głowie pojawiają się gnijące ciała. Zaczynam dygotać. Czuję zimny pot spływający po plecach. I odzyskuję wzrok.

Widzę bardzo wiele twarz wpatrzonych w mą osobę. Poruszają ustami, więc chyba coś do mnie mówią. Nie jestem pewna, bo słyszę tylko szum wody oraz wrzaski, pochodzące od nieznanych mi osób. Wszystko to miesza się i nie mogę ustalić co jest prawdziwe, a co pozostaje wyłącznie wytworem mej wyobraźni. Czuję się jakbym została porwana przez wielki huragan, gdzie krążę w koło, rozmyślając czy zdołam się z niego wydostać, czy też nie. Jednak nie podejmuję żadnego działania. I wszystko to coraz bardziej się oddala, gdy mój wzrok wychwytuje zielono-srebrne oczy. Jednak przeżył.

czwartek, 24 kwietnia 2014

rozdział 1 cz 2

mam nadzieję, że nie będziecie rozczarowani nowym postem. 2 część rozdziału chciałam wrzucić na bloga dopiero w przyszłym tygodniu, ale jakoś nie mogłam się powstrzymać. czekam na komentarze. na te miłe i te gorsze. :) 

PS.  pewna bloggerka ( wilcza-noc.blogspot.com ) zaproponowała mi współpracę. wspólnie recenzowałby byśmy książki na nowo założonym blogu, a tutaj czytalibyście tylko moje opowiadanie. czy podoba Wam się ten pomysł ? bo ja jak na razie nie mogę się zdecydować. czekam na wasze opinie. :)


 Przerażenie spowija mnie swymi obleśnymi mackami. Siadam zaniepokojona, szukając dookoła strasznego potwora. Czekam na moment, gdy zostanę zaatakowana. Czujnie obserwuję teren przez kilkanaście, kilkadziesiąt minut dopóki nie upewnię się, że był to tylko sen. Pierwszy raz zdarza mi się coś takiego. Oczywiście wiele razy śniły mi się koszmary, ale nie dość straszne jak ten. Zastanawiam się co to może oznaczać. Słyszałam, że każdy ukazuje co Cię może spotkać. Wątpię, aby wydarzyło się to w prawdziwym życiu. Możliwe, że sen oznaczał wiele trudności w drodze dążenia do celu, bezradność oraz przemijanie. Cóż, niedługo się przekonam.
 Świadoma, że nie uda mi się już zasnąć przebrałam się w ciuchy codzienne i pomaszerowałam coś zjeść. Mam nadzieję, że babcia zostawiła nam resztki z wczorajszego obiadu. Owoce morza świetnie komponują się z mięsem skorupiaków. Przeszukawszy całą przenośną lodówkę odnalazłam moje ulubione danie. Z wielkim niepokojem usiadłam do stołu i zaczęłam jeść. W między czasie obudził się mój młodszy brat, Noah. Chyba wstał lewą nogą, bo zdenerwowany od razu wybiegł na dwór lub poszedł odwiedzić dziadków. Choć myślę, że pomaszerował do naszej rodziny, bo nie widziałam, aby schodził po drabinie.
 To jedyne wyjście z drewnianej chatki na drzewie. Tutaj, czyli w dżungli każdy tak mieszka. Nasze małe domy są połączone długimi mostami, aby poruszanie się między nimi było łatwiejsze. Po za tym chronią nas one przed drapieżnikami, najczęściej polującymi w nocy. Jednak  popołudniu przebywamy w dole dżungli zdobywając pożywienie lub chłodząc się przy wodospadzie. To tam spędzamy swój wolny czas, dlatego po zjedzeniu postanawiam pójść do naszego cudownego miejsca.
 Jak sądziłam nad potokiem zebrało się wiele dzieci. Gdy słońce zacznie świtać wszystkie są już w ruchu. Pływają biegają, skaczą, a przy tym głośno piszczą i są jak najbardziej szczęśliwe. Maszeruję między sznurami pełnych wypranych ubrań, przypatrując się rozbawionemu dziecku, które z impetem rzuca się w ramiona matki. Zaraz obok dorosły mężczyzna gra wraz z synem w piłkę. Jest to wspaniały widok. Kochające się rodziny są tak pełne miłości, że czasami nie zauważają czyhającego na nas zagrożenia. Są optymistami. Ma to swoje wady, jak i zalety, ale najważniejsze żeby traktowali siebie z szacunkiem. Bo te najważniejsze rzeczy, osoby bardzo szybko można stracić.
 Przykładem tego są dzieci przebywające po drugiej stronie wodospadu. Zachowują się jak inni ludzie, lecz w ich oczach widnieje wielki smutek. To przygniata ich od środka. Nigdy nie będą miały takiego wspaniałego dzieciństwa jak reszta. Połowa z nich straciła swą całą rodzinę, więc są wychowywane przez sąsiadów lub zupełnie obcych im osób. Druga część miała więcej szczęścia i mieszka z dziadkami, wujostwem lub kuzynostwem. Ja wraz z bratem zaliczamy się właśnie do tej grupy. Od siedmiu lat wychowują nas dziadkowie. Chociaż można powiedzieć, że robią to od naszych narodzin. Każdy dzień spędzaliśmy w ich towarzystwie. Tata pracował do późna, a na matkę nie można było liczyć. Gdy pojawił się Noah, po prostu zdziczała.
 Zamyślona nie zauważam przed sobą kłody i już po kilku minutach leżę w błocie. Coraz częściej mi się to zdarza. To chyba zły znak. Jakby nie dość nieszczęść, kątem oka zauważam stojącą przy mnie Coral. Jeszcze jej tu brakowało.
 - Witam naszego brudaska. - nie mogła powstrzymać śmiechu.
Chcąc zachować resztki dumy próbuję wstać. Jednak moje wysiłki idą na marne. Po każdej próbie  ślizgają się na błocie, ląduję z powrotem na ziemi. Coral wydaje się być wręcz zafascynowana moimi porażkami. Przywykła do komfortu, służby i fałszywego szacunku jakim obdarzają ją inni.
 - Czy mogłabyś mi pomóc ? - mam nadzieję, że chociaż raz ukarze siebie prawdziwą. Zamkniętą głęboko w sercu. Każdy człowiek ma w sobie jakąś dobrą cząstkę, tylko musi ją odnaleźć. Gdy nastanie odpowiednia chwila będziemy wiedzieli, że właśnie tak powinniśmy działać. Jednak Coral jeszcze tego nie doznała.
 - Nie żartuj. Dobrze wiesz, że nie zniżę się do Twego poziomu - obrażona wykonała dziwny ruch dłonią na potwierdzenie swych słów i odeszła zamaszyście kręcąc ciałem.
 Sfrustrowana podczołgałam się do drzewa. Ujęłam pień i zaczęłam się podnosić. Dumna z swej zaciętości pobiegłam zmyć z siebie ten wielki brud. Tym razem uważnie spoglądam gdzie idę. Dotarłszy nad wodę szukam wzrokiem Noaha. Przeszukuję cały ląd wokół wodospadu. Jednak nigdzie go nie ma. Zniknął wraz z swymi kolegami. Trudno. Porozmawiam z nim później.
 Szykuję się do kąpieli, gdy mnie olśniewa. Jeśli Noah poszedł gdzieś z swą bandą, to może przebywać tylko w jednym miejscu. O, nie. Muszę go powstrzymać. Biegiem ruszam na pagórek, gdzie znajduje się szczyt wodospadu. Pędzę jak najszybciej mogę, gdy nagle słyszę pisk.
 Odwracam się. To Olaf, kolega mojego brata spada wraz z biegiem wodospadu w dół zbiornika wodnego. Dziecko krzyczy, śmieje się i płacze jednocześnie, ale i tak większość osób go nie usłyszy. Szum wody skutecznie zagłusza te odgłosy. Aż na koniec słychać tylko wielki plusk, który świadczy o dotarciu chłopca na miejsce. Widząc to jeszcze bardziej przyśpieszam. Mam nadzieję, że Noah zatrzymał choć trochę rozumu i zrezygnuje z ekstremalnych przygód.
 Im wyżej się znajduję, tym więcej osób zeskakuje do Akaki. To jeszcze bardziej mobilizuje mnie do pracy. Po pokonaniu połowy drogi jestem wykończona. Słońce skutecznie wysysa ze mnie całą wodę. Zaczynam się potykać. Coraz częściej przeklinam dżunglę za jej ciepło oraz wodospad Akaki. Robię ostateczny krok. I widzę jego.
  Spada cicho, nieruchomo. Wygląda jakby zapadł w sen. O, nie. Nie pozwolę mu odebrać mi siebie. Zmieniam kierunek i zataczam się w dół. Ciągle obserwując Noaha. Co dziwne nie czuję strachu. Jestem strasznie zdeterminowana. Muszę przed nim dotrzeć do celu. Zdając sobie sprawę, że to się nie uda, szybko wskakuję do wody, mimo mojego wysokiego położenia.
 Macham rękami próbując utrzymać się w miejscu. Zimne powietrze brutalnie naciera na me ciało. Na początku się boję, ale teraz jest to przyjemne. Zamykam oczy. Rozpościeram ręce. Szybuję. Latam. Właśnie spełnia się jedno z moich marzeń. Zawsze chciałam to zrobić. Poczuć się wolna. Uciec od otaczających nas problemów. Nie wierzyłam, że jest to możliwe, że można zostawić smutek za sobą i rozpocząć nowe, szczęśliwe życie. Ale teraz zmieniłam zdanie.
 Tonąc w marzeniach wpadam do wody. Wiem, że to robię, gdyż czuję schodzącą ze mnie energię. Wszystko upływa wraz z prądem. Teraz umieram pusta.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Rozdział 1 cz. 1

 Przepraszam, że nie zdążyłam złożyć Wam życzeń Wielkanocnych, jednak nie miałam jak. Ten cały remont coraz bardziej mnie wykańcza. No cóż, niestety teraz tego nie zrobię, bo święta już się skończyły. No trudno poczekamy do następnego roku. :) Tym razem wstawiam tu krótszy kawałek opowiadania, gdyż nie wiedziałam za bardzo jak je podzielić i myślę, że może taka krótsza część Was teraz zaintryguje. Oczywiście reszta będzie dłuższa, ale najpierw trzeba się '' rozkręcić ''. Mam nadzieję, że nikogo tu nie zawiodę. Miłego czytania ! :)

Dawno temu żyła sobie dziewczynka. Była wspaniałym dzieckiem. Swą energią i szczęściem zarażała wszystkich w zasięgu rozsiewanego przez siebie czaru, lecz nie potrafiła odnaleźć swego miejsca na ziemi. Błądziła po całym świecie odwiedzając różne domostwa, poznając wiele rodzin o coraz to innej kulturze. W każdym miejscu, z którego odchodziła pozostawiała cząstkę siebie, lecz nigdy nie zagrzała tam na dłużej. Któregoś dnia udało mi się ją zobaczyć.
Stała przed wielkim, gęstym lasem. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, ale ten widok mnie przeraził. Może tego przyczyną był dziwny, duży kontrast pomiędzy nią, a ciemnym gąszczem. Wyglądało to jakby miała zostać przez niego pożarta, wchłonięta, więc pobiegłam, aby ją ostrzec. Jednak gdy znalazłam się tuż koło dziecka, zaczęło ono uciekać, zapuszczając się w to przerażające miejsce. Nie potrafię zostawić ją samą. Ruszam za dzieckiem. Pędzę ile sił w nogach, kierowana nadzieją i już doganiam dziewczynkę, gdy ta przyśpiesza. Jeszcze nigdy nie widziałam tak szybko biegnącego dziecka, lecz to mnie nie zniechęca. Znów ruszam śladami dziewczynki. Z powrotem mam ją obok siebie, gdy wcześniejsza sytuacja się powtarza. I tak dzieje się za każdym razem.
Nigdy jej nie dogonię, nie ocalę. Choć bym niewiadomo jak i ile razy próbowała zawsze przegrywam. Nie mam pojęcia co robić. Jestem całkiem zagubiona. Panika zbija mnie z nóg. Rozkojarzona zaczynam wrzeszczeć, wołać o pomoc. Im dłużej to robię, tym bardziej przekonuję się, że ciemne lasy nie są miejscami, do których chętnie wybierają się ludzie. Tracąc nadzieję słyszę szelest. Coś, a może ktoś poruszył się w krzakach. Nagle wyskakuje z nich dziewczynka. Podchodzi do mnie, leciutko stąpając po ziemi. Chyba przybyła mi pomóc, chociaż instynkt podpowiada mi co innego. I jednak ma on rację. Dziecko zachowuje się jak zwierze, rzucając się na mnie. Wpadam w panikę. Nie wiedząc co robić zaczynam się bronić. Uderzam na ślepo, aby tylko trafić w postać. Jednak dziewczynka zwinnie mnie unieruchamia. Ogromny ból rozchodzi się po całym ciele. Nie mogę złapać oddechu, gdy ta zaczyna opatulać mnie swymi rączkami. Dopiero po jakimś czasie orientuję się, że próbuje mnie udusić. Wyrywając się z jej szponów przygotowuję się na swój koniec, aż nagle ...  się budzę.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Prolog

I nareszcie skończyłam pisać prolog. Oczywiście kilka następnych rozdziałów jest już gotowa, ale myślę, że jeśli to Wam się spodoba to resztę będę wstawiać tak co 3, 4 dni. Chciałabym abyście szczerze wyrazili swą opinię. I od razu chciałam napisać, że prolog nie świadczy o tematyce opowiadania. Ta powieść będzie pisana w stylu książki, dlatego na pewno w każdym moim poście nie będzie działa się jakaś akcja, bo tu nie tylko o to chodzi. No to miłego czytania. :)
Aha i co najważniejsze nie życzę sobie, aby ktoś kopiował to co tu zamieszczam. to są tzn. prawa autorskie. Uważajcie, bo według prawa jest to karane wysoką zapłatą ! Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na taki pomysł. 



Stukot maszerowania żołnierzy stawał się coraz bardziej odległy. Teraz nadarzyła się okazja do ucieczki. Ale co jeśli nas złapią ? Co wtedy sanie się z dziećmi ? Gdy mi je odbiorą już nigdy nie otrząsnę się z żalu i smutku. Nie, to niemożliwe. Muszę myśleć pozytywnie. Przecież chodzi tu o życie mojego syna i córki. To nie czas na użalanie się. Wychyliłem się zza budynku. Na ulicy było pusto. Nic nie wskazywało na to, aby pozostał tu jakiś strażnik. Odwróciłem się w stronę dzieci.

- Ines posłuchaj mnie. Teraz spróbujemy przedostać się do statków. Tam czekają dziadkowie. Zabiorą was w bezpieczne miejsce. - dziewczynka nie wykazywała choć trochę zainteresowania. Leżała skulona trzymając brata w swych objęciach. - Słyszałaś co mówiłem ? To bardzo ważne, słyszysz ?

Dziecko ledwie zauważalnie kiwnęło głową. Swym wzrokiem wciąż była nieobecna.

- Dobrze. Więc zaraz zaczniemy tam biec. Weźmiesz brata za rączkę i  nie wiadomo co miało by się wydarzyć nie możecie się zatrzymać. Ja będę zaraz za Wami. Postaram się chronić was od tyłu. Rozumiesz ? - znów lekki ruch głową.

Nagle dostrzegłem łzy na jej twarzy. Ines po prostu się bała. W tej chwili nie mogę mieć jej tego za złe. Nawet mnie, starszego człowieka zżera wielki strach.

- Kochanie co się stało ? - delikatnie ścieram jej łzy z twarzy.

- Nie chcę Cię stracić. Nie chcę zostać sama. Bardzo Cię kocham tatusiu i nie chcę, żebyś odchodził. - smutna wtuliła się w moje zdrowe ramie.

Zdający sobie sprawę, że jest to nasze ostatnie spotkanie uraniam kilka łez. Nie potrafię odnaleźć słów, które wyrażą mej córce co teraz czuję. Najważniejsze żeby nie traciła wiary, więc muszę dać jej nadzieję. Bo tylko ona może pomóc nam w tej sytuacji.

- Nie martw się Wszystko będzie dobrze. Nigdy nie będziesz sama, nawet gdy mnie zabraknie. Pamiętaj, że ty masz dla kogo żyć. Musisz zaopiekować się Noahem i dziadkami. Ja też bardzo Cię kocham. - jednak są to tylko puste słowa. - A teraz chodź. Musimy szybko dotrzeć do statków.

Podniosłem dzieci. Ostatni raz je ucałowałem i pobiegliśmy. Przeciskaliśmy się przez tłumy przestraszonych ludzi. W połowie drogi zostaliśmy tylko z niewielką ilością osób chcących dotrzeć do portu. Od wejścia na statek dzieliło nas kilka metrów. Byłem przekonany, że uda nam się stąd odpłynąć, gdy nagle zaczęły padać strzały. To żołnierze mierzący do nas z dachów budynku i nacierających na uciekinierów z boku alejki. Starałem się uchronić dzieci własnym ciałem. Na szczęście nie dopadła nas żadna kula.
Nagle dostrzegłem człowieka wołającego o pomoc. Był to starzec, który został postrzelony w nogę. Gdy ujrzałem, że dzieci znajdują się na pokładzie, postanowiłem podejść do potrzebującego. Podarłem swą koszulę i zawiązałem skrawek na ranie starca. Miałem nadzieję, że może choć trochę to pomoże. Wspólnymi siłami udało nam się  wstać. Jednak nie zaszliśmy daleko.
Zostałem zaatakowany przez strażników. Ujęli mnie od tyłu i rzucili na ziemię. Aż trzy pary rąk zaczęły  uderzać, a dwie podtrzymywały mnie przy pozycji leżącej. Chciałem wyrwać się z ich ucisku. Zacząłem kopać. Niestety po jakimś czasie naszej szarpaniny, zostałem sparaliżowany od uderzenia pistoletem. Nie mogłem poruszyć żadną część ciała. Głowa pulsowała, a nos nagle zaczął krwawić. Leżałem sztywno i nieobecnym wzrokiem wpatrywałem się w odpływający statek.
 Mam nadzieję, że dzieci będą w nim bezpieczne. Może w innym kraju uda im się założyć kochającą rodzinę. Żałuję, że nie  poznam swoich wnucząt. Kątem oka ujrzałem upadającego staruszka. Z dziury na jego piersi lała się gęsta krew. Czy oni go postrzelili ? I myślę, że odnalazł bym odpowiedz na to pytanie, gdyby nie przerażający ból w okolicach serca i narastająca po nim ciemność. Wiem, że już nigdy nie miałem się wybudzić.

music